|
|
l SYDNEY l MELBOURNE l ADELAIDE l CANBERRA l BRISBANE l PERTH l HOBART |
|
|
27.06.2008
W USA i na świecie Andrzej Chąciński
Wiadomością, która ostatnio najbardziej zasługuje na uwagę, jest doniesienie, że senator Barack Obama stanowisko kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych ma już prawie pewne. Decyzja w tej sprawie nie została jeszcze ogłoszona, ale wydaje się, wiadomość, iż Hillary Clinton odpadła w prawyborach, zostanie potwierdzona w ciągu następnych paru dni. O tym, w jakim stopniu zaczęły zawodzić ją nerwy, świadczy fakt, że podczas spotkania w południowej Dakocie powiedziała, iż dlatego się nie wycofuje, ponieważ nie ma pewności czy w wyniku zamachu nie zabraknie jej konkurenta. „Nie rozumiem dlaczego już teraz powinnam rezygnować” – stwierdziła. „W 1992 mój mąż zapewnił sobie nominację dopiero w połowie czerwca. Pamiętajmy też że w czerwcu miał w Kalifornii miejsce zamach na Bobby’ego Kennedy’ego”. Mówiąc te słowa, dała do zrozumienia, że podobnie jak Kennedy w 1968 roku, Barack Obama mógłby stracić życie przed uzyskaniem tytułu kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wypowiedź Hillary Clinton wywołała wśród obserwatorów niesmak i zdumienie. Starając się naprawić popełniony nietakt, natychmiast za swoją wypowiedź przeprosiła konkurenta. Zaś Barack Obama, oświadczył, że w czasie kampanii wyborczej, każdy ma prawo powiedzieć coś niestosownego. Dla nas zjawisko, że w ogóle mogło dojść do takiego incydentu, wydaje się świadczyć o atmosferze w jakiej odbywała się ta rywalizacja. Poza tym, warto zwrócić uwagę, że groźby pod adresem Baracka Obamy miały miejsce już osiemnaście miesięcy przed wyborami i że w tym czasie senator otrzymał ochronę od rządu. Z jaką więc sytuacją w najbliższej przyszłości będziemy mieli do czynienia? Kto po listopadowych wyborach zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych? Jaki kierunek na scenie światowej przybiorą wypadki, w zależności od tego czy ster rządu Stanów Zjednoczonych trafi do rąk Johna McCaina lub Baracka Obamy?…”. Wyniki obserwacji pozwalają nam przypuszczać, że gdyby byłej pierwszej damie udało się zająć miejsce kandydata na prezydenta, szala wygranej w wyborach przechyliłaby się na stronę Johna McCaina… Hillary Clinton byłaby dla McCaina dużo słabszym przeciwnikiem niż Barack Obama. Rzesze zwolenników, które Obamie udało się zgromadzić podczas przedwyborczych spotkań, nie są zainteresowane głosowaniem na Hillary Clinton. Korzystając z tego, że w Stanach Zjednoczonych udział w wyborach nie jest obowiązkowy, pozostaną w domach. Podczas pojedynku, w którym Hillary Clinton starałaby się pokonać Johna McCaina, główną rolę w wyborach prezydenckich zacząłby odgrywać inny elektorat. W jego skład wchodziliby ludzie niezadowoleni z sytuacji, w jakiej znalazły się Stany Zjednoczone, ale ciągle jeszcze niegotowi do głosowania na czarnego prezydenta. Trzeba pamiętać, że mimo różnych zastrzeżeń zarówno McCain, jak i Hillary Clinton, popierali zaangażowanie Ameryki w Iraku. Rozwijając ten kierunek myślenia, wydaje się, że mamy prawo przypuszczać, że za lepszą gwarancję na wyjście w kryzysu, w którym ostatnio znalazły się Stany Zjednoczone uznaliby wybór byłego wojskowego, niż osoby, która sprawy związane z wojną zna tylko ze słyszenia. Obecność w Waszyngtonie Johna McCaina byłaby gwarancją wycofania się Ameryki z pułapki, jaką stało się jej zaangażowanie w wojnę w Iraku. Ponadto w stosunku do Hillary Clinton przeciętni Amerykanie mogliby mieć wątpliwości, czy po uzyskaniu pozycji prezydenta, udałoby się jej osiągnąć dostatecznie silną pozycję, która umożliwiłaby jej rozwiązanie tego rodzaju problemu. W przypadku Obamy mamy do czynienia z inną sytuacją. Mimo, że jest senatorem, nie należy do establishmentu. Nie należy również do środowiska „nowych konserwatystów”. Na plakatach wyborczych swojej kampanii ma wymalowane hasła zmiany, które przypominają, że jeżeli obejmie urząd prezydenta, w polityce Stanów Zjednoczonych będzie stosował nowe rozwiązania. Popularność, jaką się cieszy, przypomina poparcie, jakie parędziesiąt lat temu umożliwiło J.F. Kennedy’emu zdobycie urzędu prezydenta . Posiada również łatwość w komunikacji z ludźmi i charyzmę Billa Clintona. Jednak nie wiadomo czy fakty tego rodzaju będą miały wpływ na jego zachowanie. Układ sił w Stanach Zjednoczonych jest inny niż za rządów Billa Clintona. Zarówno atmosfera po zamachu w dn.11 września 2001 roku, jak zaangażowanie Ameryki w wojnie w Iraku, przyczyniły się do powstania sytuacji, w której każdy nowy prezydent musi zdawać sobie sprawę, z bardzo wysokich wymagań swojego urzędu. Jakie rozwiązania, mające na celu zmianę sytuacji politycznej Ameryki na scenie światowej uzna za stosowne? W chwili obecnej znamy tylko parę odpowiedzi na to pytanie. Jedną z nich jest to, że ma zamiar zlikwidować obóz w Guantanamo. Inną, że zapowiedział rozpoczęcie rozmów z Raulem Castro na temat uregulowania stosunków Stanów Zjednoczonych z Kubą. Co jest ważniejsze, ma zamiar rozpocząć pertraktacje z prezydentem Iranu, mające na celu zmianę sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie. Warto przypomnieć, że jako senator, nowy prezydent zawsze głosował przeciwko amerykańskiej interwencji w Iraku. Można również przypuszczać, że wykaże więcej zainteresowania sytuacją, w jakiej znajdują się Palestyńczycy i będzie współpracował z prezydentem Egiptu, któremu leży na sercu zaprowadzenie pokoju w Strefie Gazy. Stan napięcia, jaki trwa w tej enklawie, grozi przeniesieniem na teren Egiptu rewolucji islamskiej i w konsekwencji upadkiem obecnego rządu. Prezydent Mubarak jest jednym z niewielu przywódców krajów Bliskiego Wschodu, który w stosunku do Izraela prowadzi umiarkowaną politykę. Z tego co napisałem wynika, że o planach nowego prezydenta wiemy niewiele. Z danych, zawartych w jego życiorysie wiemy, że zna stosunki, panujące w środowiskach islamskich i jako Amerykanin wychowany na Hawajach, będzie miał większe zrozumienie niż inni prezydenci dla krajów leżących w strefie Pacyfiku. Zaś odwracając to twierdzenie, można powiedzieć, że sprawy sojuszu atlantyckiego nie będą go tak interesowały jak innych prezydentów. Wszystko to są jednak tylko spekulacje. Niektórzy obserwatorzy nawet twierdzą, że polityka Obamy, nie będzie w znaczący sposób różnić się od polityki prezydenta Busha, ponieważ tworzą je przed wszystkim instytucje, a instytucje są niezwykle trwałe. Pisząc to wszystko nie odpowiedziałem na drugą część pytania, to znaczy: „w jaką stronę pójdzie Ameryka, gdy dojdzie do wyboru Johna McCaina?”. Wydaje się, że będzie podążać w podobnym kierunku, co za rządów G.W. Busha. Z Iranem i innymi krajami leżącymi w tym rejonie, nowy prezydent będzie starał nawiązać porozumienie na drodze dyplomatycznej. Jego wybór dla Polski byłby bardziej korzystny, choćby z tego powodu, że jako młody człowiek spędził parę lat w komunistycznym więzieniu i w związku z tym dla walki polityków Polski z wpływami Rosji będzie miał więcej zrozumienia. Starając się zapoznać czytelników z sytuacją na scenie światowej, zdałem sobie sprawę, że nie wspomniałem o wydarzeniach na scenie europejskiej. Tymczasem, zarówno w stolicy Unii, jak i w innych krajach dzieją się ważne sprawy. Z Brukseli dochodzą wiadomości o zgodzie Unii Europejskiej na stworzenie, na wniosek Polski, instytucji Wschodniego Partnerstwa, które ma objąć Azerbejdżan, Armenię i Gruzję, Ukrainę oraz Mołdawię. Działalność Wschodniego Partnerstwa ma polegać na ułatwieniach wizowych, wprowadzaniu stref wolnego handlu, współpracy w dziedzinie transportu i przede wszystkim politycznego zbliżenia tych krajów do Unii Europejskiej. Za wprowadzeniem takiego programu w życie opowiedzieli się nie tylko Niemcy i Czesi, ale również Szwecja. W marcu tego roku prezydent Nicolas Sarkozy przeforsował w Unii Europejskiej projekt Unii Śródziemnomorskiej, w skład której wejdą kraje, które w w przeszłości miały związki z Francją. Jest tajemnicą poliszynela, że starając się doprowadzić do wprowadzenia w życie tego projektu, prezydent Sarkozy napotkał opór ze strony rządu niemieckiego. Przywódcy niemieccy mogli być niezadowoleni z faktu, że Francja szuka możliwości zaopatrywania się w surowce energetyczne na innych terenach niż te, które oni uznali za właściwe. Angela Merkel, mimo że nie prowadzi tak sprzyjającej Rosji polityki, jak były kanclerz Gerhard Schroder jest również zwolenniczką korzystania z zasobów naturalnych, znajdujących się na wschodzie. Poza tym oparcie w krajach śródziemnomorskich osłabia kooperację rządów Francji i Niemiec, którą po latach współpracy w środowiskach polityków europejskich uznano za rzecz naturalną. Uniezależnienie się Francji od Niemiec całkowicie zmieniłoby układ sił w Unii Europejskiej. Jednak na rozpatrywanie tego stanu rzeczy jest jeszcze za wcześnie. Możliwe, że sprawa się bardziej wyklaruje po obecnej wizycie prezydenta Francji w Warszawie… Innym wydarzeniem, które może mieć daleko idące konsekwencje, jest przyjęcie przez Komisję Parlamentu Europejskiego raportu polskiego posła – Marcina Libickiego, który ostrzega, że budowa gazociągu po dnie Morza Bałtyckiego stwarza zagrożenie dla środowiska naturalnego. Jeżeli 9 lipca 2008 roku Parlament Europejski opowie się po stronie przeciwników gazociągu, całe to przedsięwzięcie może być uznane za zbyt kosztowne. Według autora raportu jednym z warunków, jaki musi spełniać budowa urządzenia, powinna być zgoda wszystkich krajów basenu Morza Bałtyckiego. Sprzeciw choćby jednego państwa powinien prowadzić do zaniechania realizacji tego projektu. Ostatnią sprawą, o której warto wspomnieć, są rozmowy delegacji polskiej z przedstawicielami rządów Stanów Zjednoczonych w sprawie instalacji na terenie Polski tarczy antyrakietowej. Sprawa ma dla Polski duże znaczenie. Obecnie poparcie dla instalacji tych urządzeń zgłosiła kanclerz Niemiec, co świadczy, że przywódcy tego kraju pozbyli się orientacji pseudoneutralnej i opowiedzieli się po stronie Ameryki. Poza tym z inicjatywy USA na szczycie NATO została opublikowana deklaracja, że tarcza wzmocni bezpieczeństwo całego Sojuszu. Jednocześnie strona polska ostrzegła kontrahentów, że nie udzieli zgody na budowę silosów, jeżeli Waszyngton nie wyposaży Polski w nowoczesny system obrony powietrznej. Suma, która Amerykanie są gotowi wyłożyć na modernizację polskiej armii, w stosunku do kosztów tarczy wynosi ułamek procenta. Optymistyczną stroną tej sytuacji są doniesienia prasy, że rozmowy ciągle się toczą i w lipcu uczestnicy pertraktacji mają zamiar przedstawić rządom USA i Polski przedstawić swoje rekomendacje. W jednym z ostatnich artykułów na temat tarczy miałem okazję znaleźć, że Stany Zjednoczone są mniej zainteresowane rakietami w silosach, które miałyby zostać zainstalowane w Polsce, niż wielką stacją radarową, która zbudują w Czechach. Urządzenie to pozwalałoby im kontrolować obszar powietrzny Rosji, od wschodniej Europy aż do Uralu. Słowem, nasza wyrzutnia rakiet, być może w tej sprawie odgrywa tylko pomocniczą rolę. Andrzej Chąciński
|